sobota, 20 października 2012
1."Samotnej pośród tłumu ludzi"
[Priscilla Ahn - "Dream"]
Czekam czekam wytrwale, tak lekko dotykają mnie dni ...
Drobna, blada dłoń spoczęła na mahoniowej komodzie. Osiadający na niej kurz, zawirował w powietrzu, drażniąc nozdrza, ciemnowłosej dziewczyny. Kichnęła. Wierzchem dłoni otarła nos, zagryzając dolną wargę. Zapach, który niegdyś wyczuwalny był, w każdym zakątku, zniknął bezpowrotnie.
Zatęskniła. Tak inaczej, zupełnie obco, jakby pierwszy raz doświadczyła tego uczucia. Nagle stało się, tak przeraźliwie namacalne. Nabrało kształtów, barw, dźwięków. Przypominało barwną jesień, gdy spacerowała po parku, układając bukiet z liści. Nosiło zapach zimy, gdy siadała na parapecie, trzymając w dłoni kubek cytrynowej herbaty. Umykało, jak lato, gdy tańczyła w promieniach słońca. Brzmiało, jak wiosenny śpiew ptaków. Samotna łza spłynęła po jej bladym policzku. Kurczowo trzymała się wspomnień, lękając się teraźniejszości. Ciemnej, niezrozumiałej, przynoszącej ból. Samotnej pośród tłumu ludzi. Była inna, nie pasowała już do tej układanki.
Usłyszała dźwięk zamykanych za plecami drzwi. Szmery stawały się coraz donośniejsze. Kilka kartonów zostało postawionych, gdzieś w kącie, tak przynajmniej sądziła. Kwiecista walizka podróżna, której kółka przesuwały się po drewnianej podłodze, spoczęła, gdzieś obok. W pobliżu stała zapewne kobieta, której twarz przyozdobiły zmarszczki, a w ciemnych włosach można było doszukać się siwych pasmów. Zapewne spoglądała na dziewczynę z troską i uczuciem. Na szczęście nie musiała tego widzieć. Wiedziała, że każdy, kto ją znał, patrzy teraz na nią z politowaniem, w ciszy współczując jej. A ona nienawidziła tego, tak bardzo. Nie chciała, aby wszyscy widzieli w niej bezradną, poszkodowaną dziewczynę, którą, gdzieś w głębi duszy była.
Chłodna dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, a aromat fiołkowych perfum zagościł w jej nozdrzach.
- Kochanie, wiem, że tym razem miało być inaczej, że miało się udać... - Kobieta zamilkła, nabierając powietrza. - Nie możesz przestać wierzyć, słyszysz? W końcu się uda i znowu będzie, jak dawniej.
Dwadzieścia cztery miesiące. Dwa długie lata. Tysiące słów pocieszeń, zapewnień i przeprosin. Kolejne próby, konsultacje, podróże. Kolejne rozczarowania i nadzieje, które umarły wraz z kolejną operacją. Światło, które miała znowu zobaczyć, nadal pozostawało zasłonięte przez mrok.
- Już nic nie będzie takie, jak kiedyś - wysyczała przez zęby. - Nie będzie kolejnych operacji. Koniec.
- Jokasta, ale..
- Wiesz, jakie to uczucie, gdy nagle tracisz wzrok? Gdy nagle wszystko, na co ciężko pracowałaś, przestaje mieć znaczenie? Każde marzenie, które narodziło się w Twojej głowie, które realizowałaś z oddaniem, nagle pryska? Jedna, cholerna sekunda. Coś, czego nie można nawet dotknąć, zobaczyć, pali, każdy najmniejszy zakątek Twojego życia, a Ty nie możesz nic zrobić. Stoisz i patrzysz, jak nagle wszystko, staje się nieznaczącym nic. A później spotykasz ludzi, którzy mówią Ci, takie piękne słowa, po których zaczynasz wierzyć, że masz jeszcze szanse. Walczysz, bo przecież jest o co - zamilkła, nabierając powietrza. Słone łzy spływały po jej policzkach. - Lecz, tak naprawdę, to tylko próżna nadzieja, na którą nie ma już miejsca w moim życiu.
Mówiła, zagłuszając dźwięk pękającego, matczynego serca. Osuszała w myślach łzy, o których wiedzieć nie chciała. Było łatwiej, prościej, mniej boleśnie żyć w nieświadomości, że ktoś może cierpieć bardziej, niż ona sama.
Niepewnie stawiała kroki, dłonią sunąc po szorstkiej ścianie. Bezradność targała jej ciałem, emocjami i myślami. Zawładnęła jej życiem. Czuła, każdy najmniejszy siniak, każde zadrapanie, które gościło na jej ciele. Ból przeszywał, każdą najmniejszą cząstkę jej organizmu, lecz nic nie równało się z cierpieniem niespełnionych ambicji, które zawisły, gdzieś w powietrzu. Miała osiągnąć, tak wiele. Od dziecka wkładała całe serce w muzykę, która ucichła tamtego dnia, gdy pierwszy raz zatęskniła za blaskiem barw.
Moja tęsknota jest tęsknota planet, zmarzłych tęskniących do słońca ...
Mocniej objął w pasie, stojącą obok dziewczynę. Jej długie, blond włosy szalały mu przed twarzą, doprowadzając do złości, którą krył głęboko w sobie. Przewrócił oczami, gdy zaśmiała się piskliwie, tak właściwie nie wiedząc dlaczego. Nienawidził jej głosu, sposobu bycia, zapachu, uśmiechu, głosu i wielu innych cech, które mógłby wymieniać bez końca, lecz jeszcze bardziej nienawidził samotności, który wdzierała się do jego mieszkania, każdej nocy. Odkąd pojawiła się w jego życiu, zasypiał spokojnie, nie budząc się w środku nocy. Wystarczyło, że czuł jej obecność tuż obok swojego ciała. Nie rozmawiali, a jeśli już do niego mówiła, to nie słuchał jej, przytakując orientacyjnie. Łączyły ich jasne zasady. Ona kochała jego pieniądze i status, a on po prostu dobrze bawił się jej obecnością. Nie krzyczała, gdy wracał późno. Nie robiła scen, gdy przyłapywała go z inną w ich łóżku. Nie wyznaczała granic, których on nie umiałby zaakceptować. Był wolnym ptakiem, który tonął w zachwytach nad własną osobą. Młody, przedsiębiorczy architekt, który nie chciał kochać. Nienawidził uczuć, które zmuszały do niewoli, a właśnie za takie miał miłość. Był próżnym egoistą, czego nigdy nie ukrywał. Gardził słabymi ludźmi, wykorzystywał i oswajał, tych zauroczonych jego osobą. Nie liczył się z uczuciami innych, jak i własnymi czynami. Wystarczała mu świadomość, że jest szczęśliwy.
Odchrząknął, przepraszając towarzystwo. Pewnym krokiem udał się w stronę baru, zamawiają whisky. Brązowymi tęczówkami przemierzał duży salon, wypełniony ludźmi jego pokroju. Kochał otaczać się ludźmi, którzy cenili luksus i pieniądze, jak on. Dla niego wszystko miało cenę, nie było rzeczy, człowieka, czy uczucia, którego nie mógłby kupić. Niejednokrotnie słyszał, że jest naiwny, że jeszcze zapłaci za swoją próżność, lecz wróżby, które niejednego wpędziłyby w strach, go bawiły.
Uśmiechnął się zalotnie do długonogiej, rudowłosej dziewczyny, która pojawiła się u jego boku. Usiadła obok, zakładając nogę na nogę. Krótka, czarna sukienka uniosła się, ukazując zgrabne, opalone uda. Oblizał językiem spierzchnięte usta, zamawiając nieznajomej lampkę białego wina. Przez dłuższy czas milczeli, wpatrując się w swoje oczy. Oboje doskonale wiedzieli, do czego prowadzą mijające minuty. Położył swoją dłoń na jej nagim kolanie, palcem sunąc po jej ciepłej, delikatnej skórze. Wymienili kilka, nieznaczących zdań, spojrzeń i gestów, które podgrzewały atmosferę.
- Gdzie mieszkasz?
Spytał, gdy wsiedli do jego sportowego samochodu. Księżyc widniał na niebie w towarzystwie tysiąca gwiazd. Dziewczyna bez zająknięcia podała adres, wygodnie rozsiadając się w fotelu. Nacisnął pedał gazu, opuszczając parking.
Stała na tarasie, wpatrując się w odjeżdżający samochód. Wierzył, że dla niej, to tylko gra, jak i dla niego. Prawie się nie pomylił. Grała niezakochaną w nim dziewczynę. W rzeczywistości, z każdym jego odejściem jej serce pękało na miliony kawałeczku.
A ty jesteś słońcem, które pozwala mi żyć...*
***
*Halina Poświatowska - "Ja jeszcze ciągle czekam"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz