sobota, 20 października 2012

12.''Zastanawiał się, czy nadal pachnie, tak jak dawniej, gdy byli razem? Czy jej skóra nadal jest, tak przyjemnie miękka w dotyku? Czy nadal lubi to co wtedy?"


Rok później.

"A gdy postanowisz wrócić, to upiekę Twój ulubiony jabłecznik i z niecierpliwością dziecka będę wypatrywać przez okno Twojego cienia... ''

4lata. 48miesięcy. 1461dni. Niezliczona ilość godzin i sekund. Miliard wspomnień, które nabierały nowych barw, gdy jego ciemne spojrzenie zatrzymywało się na budynkach, uliczkach i innych miejscach, które były dobrze mu znane. Nie mógł jednak nie zauważyć zmian, których dokonał czas. Część miasta przypominała ruinę. Jego ulubione boisko do piłki nożnej przestało istnieć, podobnie jak plac zabaw, na którym stracił zęba. Smutek i rozgoryczenie rozbudziło się w nim. Nie umiał zrozumieć, jak można było doprowadzić do zniknięcia wielu wyjątkowych miejsc. Miejsc, które być może były ważne tylko dla niego. Życie zmienia ludzi. On był tego idealnym przykładem. Z pomocnego i grzecznego chłopca, który marzył o wielkich czynach, przerodził się w człowieka sukcesu, który nie liczył się ze zdaniem innych. Prezentował zupełnie inny obraz samego siebie, zupełnie niepodobny do tego z dzieciństwa. Miał również żal do siebie, że pozwolił zniknąć temu miastu ze swojego serca. Być może, gdyby interesował się jego losami, byłby wstanie ocalić, chociażby lodowisko, którego również nie było. Westchnął, opierając głowę na zagłówku. Druga część miasta prezentowała się zdecydowanie korzystniej. Duży park w centrum zachwycał swoją zielonością i barwnością kwiatów, a niewielkie, przyuliczne sklepy cieszyły się dużym zainteresowaniem mieszkańców. Uśmiechnął się, gdy jego wzrok zdążył wyłapać w tłumie kilka znajomych twarzy. Zastanawiał się, czy go poznają, gdy ich drogi się skrzyżują. Rozbudziła się w nim zaskakująca chęć porozmawiania z dawnymi przyjaciółmi z podwórka, tak bardzo chciał dowiedzieć się, co robią dzisiaj, jak wygląda ich życie, czy mają już własne rodziny. Zaskoczył go ten nagły entuzjazm, który narodził się w nim. Na początku wcale nie chciał tutaj przyjeżdżać, ale zmusiły go do tego zobowiązania wynikające z kontraktu, który podpisali wraz z Gregiem, kilka miesięcy temu. Najbliższe tygodnie miały być dla niego walką z urzędnikami, pracownikami i projektami, które musiał stworzyć, jednocześnie ciągnęła się za nim przeszłość, która nie miała ułatwić mu pobytu. Nie był pewien, czy będzie wstanie sobie z nią poradzić. Z jednej strony wiedział, że nie może uciekać przed nią, jak dziecko przed karą, a z drugiej wolał niczego nie odgrzebywać. Rany, które niegdyś zadał były zbyt bolesne, aby tak po prostu wymazać je z pamięci.
Obrócił twarz w stronę Grega, który zajmował miejsce obok niego. Taksówka zatrzymała się przed nowoczesnym, pięciogwiazdkowym hotelem, który w najbliższym czasie miał stać się jego domem.
- Idziesz? - Spytał Chambers, otwierając drzwi taksówki po swojej stronie. David zamyślił się na chwilę, kręcąc przecząco głową.
- Muszę pojechać jeszcze w jedno miejsce. Wrócę niedługo.

'' Proszę Cię, nie zapomnij nigdy o domu, w którym zawsze odnajdziesz miłość i zrozumienie. Obiecaj, że wrócisz nawet jeśli minie milion lat. Obiecaj... ''

Czerwona dachówka lśniła w południowych promieniach słońca, kontrastując z jasnymi ścianami domu. Białe firanki wisiały w oknach, które były delikatnie uchylone. Kwiaty poustawiane na parapetach dumnie prezentowały swoje piękne barwy, a idealnie przycięte krzaki prezentowały zdolności gospodarza. Uśmiechnął się, gdy fala zapachów, które prawdopodobnie nadal roznosiły się w domu, uderzyła do jego nozdrzy. Nieopisana chęć zapukania do brązowych drzwi, tliła się w jego sercu. Przymknął powieki, starając się w głowie odszukać obraz ich twarzy. Zawsze uśmiechnięci, choć życie dało im w kość. Posiadacze potężnej wiedzy o otaczającym ich świecie, którą potrafili przekazywać w ciekawy i zabawny sposób. Żarty, które dziadek opowiadał podczas popołudniowej przerwy, ciągle gościły w jego pamięci. Smak ukochanego jabłecznika, takiego, który umiała tylko przygotować babcia, ciągle pobudzał jego kubki smakowe. Ta czułość w ich oczach i te drobne gesty, które znaczyły więcej, aniżeli słowa były dla niego darem. Tęsknota zagościła w jego sercu. Tęsknota do której nie chciał się przyznać, którą tłamsił w sobie przez ostatnie lata. Przełknął ślinę, odwracając twarz w kierunku kierowcy.
- Wysiada Pan?
- Nie. - Odparł twardo, ponownie przenosząc wzrok na dom.
- To dokąd jedziemy?
Minęło kilka minut nim odpowiedział.
- Jednak wysiądę. - Wsadził do ręki mężczyzny odpowiednią sumę, opuszczając samochód.

" Prawdziwy dom jest tam, gdzie są ludzie dla których znaczysz więcej, niż całe ich życie. Twój dom jest w naszych sercach... "

- Najświętsza Panienko, wiedziałam, wiedziałam... - Zmęczony, aczkolwiek przesiąknięty potężnym szczęściem głos, dotarł do jego uszu. Uśmiechnął się niepewnie, gdy z oczu starszej kobiety wypłynęły pierwsze łzy. - David! Tak bardzo czekaliśmy, aż wrócisz. Jego ciało otuliły kobiece ramiona, a on ufnie wtulił się w drobne ciało, na którym czas zapisywał upływające dni. Zapach jabłek omiótł jego zmysły. Mimowolnie i pierwszy raz od tak dawna uśmiechnął się szczerze.
- Elisabeth, dlaczego krzy.. David?
Chłopak delikatni uwolnił się z uścisku babci. Jego wzrok zatrzymał się na starszym, siwym mężczyźnie. Mimo wieku, jaki posiadał, prezentował się świetnie, co zachwyciło Ciemnookiego. Od dziecka dziadek był jego autorytetem. Wstyd było mu się przyznać przed samym sobą, że tak naprawdę nie sięgał mu nawet do pięt, choć osiągnął więcej od niego. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Witaj, dziadku. - Odparł niepewnie, czekając na jakąkolwiek reakcję starszego mężczyzny. Ten jednak stał w miejscu, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Antoni, mówiłam ci, że wróci! Nasz mały, David. - Kobieca, zmarszczona dłoń spoczęła na policzku Ciemnookiego, wywołując tym samym dreszcze na całym jego ciele.
- Przez cztery lata nie zadzwoniłeś ani razu, nie wysłałeś nawet kartki, czy listu. Nie dawałeś żadnego znaku życia, skazując tym samym własną babkę na cierpienie i nieustanne zamartwianie się...
- Antoni, proszę !
- Nie, Elisabeth. Nie tak go wychowaliśmy. Poświęciliśmy mu lata swojego życia. Robiliśmy wszystko, aby zapewnić mu, jak najlepszą przyszłość, a on jak się nam odwdzięczył? Wyjechał na kilka dni, a jak wrócił, to spakował walizki i bez jakichkolwiek wyjaśnień wyprowadził się. Tak po prostu nas zostawił. Lata milczenia są dowodem na to, że się nas wyrzekł. Ale nie ma co się dziwić, przecież nie pasujemy do jego luksusowego życia. Starzy nieudacznicy. Kto by się do nich przyznał? - Ironiczny ton, dźgnął go prosto w serce. Zabolało. - Nie wiem, czego oczekiwałeś przychodząc tutaj, ale jeśli tego, że przyjmiemy cię z otwartymi ramionami, to myliłeś się. Dla nas nie istniejesz! Wynoś się i nie wracaj już nigdy!
- Antoni, przestań! - Ciało starszej kobiety niebezpiecznie trzęsło się, a z oczu wypływały łzy. - David, poczekaj! David! - Jej zapłakany głos przywoływał chłopaka, który powoli opuszczał ich podwórko. Wyrwała się z uścisku męża, odnajdując w sobie siłę, aby podbiec do Ciemnookiego. Złapała go za ramie, zatrzymując w miejscu. Obrócił się w jej stronę, a gdy dostrzegł jej zapłakany wzrok, coś ścisnęło go za serce.
- Nie słuchaj go. Wiesz jaki jest. Ma do ciebie żal, ale kocha cię i tak naprawdę cieszy się...
- Nie, babciu. Nie tłumacz go, bo jedyną osobą, która powinna się tłumaczyć jestem ja. - Odparł spokojnie, starając się zapanować nad emocjami. - Dziadek ma rację. Nie zasługuję na was.
- Nie gadaj głupot. Jesteś naszym wnukiem. Popełniłeś błąd, ale teraz wróciłeś i już nas nie zostawisz, prawda?
Nabrał powietrza, przymykając powieki. Nie powinien był tutaj przychodzić.
- Muszę już iść. - Przytulił drobne ciało kobiety, które nadal drżało.

'' Jesteś już dorosły, więc możesz sam dokonywać wyborów. Podchodź do nich z rozwagą i rozsądkiem, bo jedna decyzja może zadecydować nie tylko o Twoim losie, ale i o Twoich bliskich. Czasami otwierają one przed nami drzwi, a czasami zamykają te, których później nie możemy otworzyć, choć pragniemy tego z całego serca..."

Szedł w stronę hotelu, gdy nagle zatrzymał się w miejscu. Jego serce zabiło mocniej, gdy jego wzrok spoczął na Niej. Stała przy lodziarni. Ubrana w zwiewną sukienkę, która odsłaniała jej opalone nogi i ramiona, wyglądała, jak nierealna postać. Była zbyt piękna, zbyt naturalna, zbyt urocza, aby mogła istnieć naprawdę. Mimowolnie zrobił kilka kroków w jej kierunku, aby móc przyjrzeć się jej dokładnie. Jej długie, ciemne włosy związane były w wysokiego kucyka, który radośnie kołysał się przy każdym, najdrobniejszym ruchu, który wykonywała. Wpatrywał się w nią bezkarnie, bez obawy, że go zauważy, gdyż stał w bezpiecznej odległości. Nie zmieniła się nic. Nadal była, tak nieskazitelnie cudowna. Poczuł w brzuchu motylki, gdy uśmiechnęła się do kobiety, która przywitała się z nią serdecznie. Nawet uśmiech miała ten sam. Tak bardzo zapragnął do niej podejść. Porozmawiać z nią. Spojrzeć w te jej brązowe oczy, o których śnił co noc. Wiedział jednak, że to nie jest odpowiedni moment, że nie jest jeszcze na to gotów. Na razie wolał się bezkarnie delektować tymi minutami, które umożliwiały mu podziwianie jej wyglądu. Tak bardzo za nią tęsknił. Zastanawiał się, czy nadal pachnie, tak jak dawniej, gdy byli razem? Czy jej skóra nadal jest, tak przyjemnie miękka w dotyku? Czy nadal lubi to co wtedy?
Poczuł, jak zimny kubeł wody ląduje na jego głowie, gdy nagle pojawił się obok niej mężczyzna. Człowiek, którego znał doskonale, który nie ukrywał, że jest szaleńczo w niej zakochany nawet wtedy, gdy ona należała jeszcze do niego. Liczył się z tym, że może mieć kogoś, lecz nie spodziewał się, że tak bardzo go to zaboli. Nie umiał znieść ich pocałunku i tego uśmiechu, którym obdarowała Marka. Zacisnął dłoń w pięść. Przecież ona należała do niego. Złość z sekundy na sekundy rosła w nim, gdy wtuleni w siebie, zaczęli się oddalać. Nie mógł pogodzić się z tym, że teraz obejmuje ją inny mężczyzna, że inny smakuje jej ust, że inny staje się jej przyszłością. Przyszłością, którą mieli, przecież zbudować razem.
Dźwięk dzwoniącej komórki, zmusił go do spuszczenia wzroku z Marka i Jokasty, którzy oddalali się coraz bardziej. Bez spoglądania na wyświetlacz, odebrał.
- Tak?
- Dlaczego jesteś taki zły? Coś nie tak z podróżą? - Kobiecy głos rozbrzmiał w jego uszach, sprowadzając go na ziemię. Ona miała Marka, a on miał Sophię. Odchrząknął, starając się opanować nerwy.
- Małe problemy z bagażem, ale już wszystko okej. A co u Ciebie?
- Tęsknie za Tobą, a jak pomyślę, że upłynęło dopiero kilka godzin od Twojego wyjazdu.
- Ja za tobą też - odparł. - Kochanie, zadzwonię później. Teraz muszę coś załatwić.
- Kocham Cię.

" Uważaj, bo pewnego dnia możesz poczuć się samotny, pośród tłumu...'' 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz