sobota, 20 października 2012

16. ''Maybe i love you...''




Wiązanka przekleństw, jak idealnie ułożony bukiet kwiatów, który stał na stoliku w jej pokoju, wydostała się z jego ust. Palcami przejechał po swoich ciemnych włosach - nie tak delikatnie i bez wyczucia, które ona wkładała, rozczesując szczotką swoje kruczoczarne pasma. Zapach tytoniu i Jacka Danielsa, którego roztrzaskana butelka leżała na ciemnych panelach, mącił jego zmysły. Uśmiechnęła się, sięgając dłonią po flakonik ukochanych perfum - z nutką jaśminu i pomarańczy. Świat wirował mu niebezpiecznie przed oczami, rozmazując obraz, który ona pragnęła dostrzec poprzez ciemność.

Dwoje ludzi różniących się niemal wszystkim.
Dwa światy nie tworzące całości.
Dwa serca bijące rytmem błagającym o niezapomnienie.

Księżyc zaglądał do jego pokoju przez odsłonięte okno, oświetlając jego twarz. Srebrzysta gwiazda przecięła niebo, w akompaniamencie wyszeptanego przez jej usta marzenia. Oparł głowę o chłodną szybę, palcem przesuwając po jej chłodnej powierzchni. Ułożyła głowę na poduszce, otulając się ciepłą kołdrą. Przymknął powieki. Zamknęła oczy. Obrazy z dnia raniły jego serce. Spokojna odpłynęła w ramionach Morfeusza.

A nocą, gdy zmęczona odchodzisz w niedostępne dla mnie zakamarki sennych marzeń, staję się strażnikiem naszych wspomnień. Dnia wczorajszego melodia odbija się o ściany mojego życia, dokładnie tam, gdzie ty zagłuszasz ją prośbami o jutro nienoszące mojego imienia.

A nocą ... Pragnę stać się Twoim snem.

*

- Mało krzywd wyrządziłeś nam wszystkim? Postanowiłeś przyjechać, aby udowodnić nam, że jesteśmy nikim, kiedy ty jesteś panem? A może pojawiłeś się tutaj tylko i wyłącznie po to, aby pochwalić się przed nami swoim wystawnym życiem? Garnitury od Armaniego, Porsche w garażu i willa nad oceanem. Uwierz, nie robi to na nas wrażenia. Wiemy, jak żyjesz. Ona też wie...

Wyciągnął z barku kolejną butelkę drogiego alkoholu. Przez chwilę przyglądał się naklejce, która otulała szkło. Znał doskonale ten trunek - jego smak, który palił przełyk i stan, w jaki wprowadzał. Uśmiechnął się, odkręcając zakrętkę. W oddali usłyszał dzwonek swojego telefonu, lecz zlekceważył go. Zataczając się, usiadł na sofie. Nie sięgnął po szklankę, która stała na stoliku obok. Nie miał czasu, potrzebował unieszkodliwić ból, który trawił jego serce. Przechylił butelkę, umieszczając jej szyjkę w swoich ustach. Strumień szkodliwego napoju znalazł drogę, której przebycie miało uwolnić go od trwającej chwili. Przełknął, opierając głowę o zagłówek.

- Stałeś się palantem, wiesz? Chociaż, jakby się tak zastanowić, to można powiedzieć, że od zawsze nim byłeś. Miałeś tutaj wszystko. Dziadków, którzy uchyliliby nieba, abyś był tylko szczęśliwy. Przyjaciół, którzy byli wierni jak pies. Miałeś Ją. Kochała cię bardziej, niż ktokolwiek na tym świecie. Zawsze była dla ciebie. Trwała przy tobie, gdy upadałeś. Wierzyła, gdy inni przestawali. Stawiała ciebie na pierwszym miejscu, zapominając o samej sobie. Płakała, gdy cierpiałeś. Cieszyła się, gdy realizowałeś siebie. Kupowała gazety, gdzie była jakakolwiek wzmianka o tobie. Kibicowała ci, nawet wtedy, gdy jej serce pękło przez ciebie. Nie odeszła, choć ty ją zostawiłeś, jak zużyty przedmiot. Czekała na jeden telefon z twojej strony bądź list. Czekała na twój powrót, ale już nie czeka.

Zaśmiał się gorzko, wstając z sofy. Zachwiał się niebezpiecznie, odnajdując równowagę. Powoli przeniósł się do sypialni, odkładając na nocny stolik do połowy pełną butelkę alkoholu. Usiadł na łóżku, otwierając szufladę. Wyciągnął z dna plik fotografii. Rozsiadając się wygodnie, zaczął je przeglądać.
Ona otulona szalikiem w kwiaty, stojąca pośród zboża. Pamiętał tamten moment, jakby miał miejsce dopiero wczoraj, a w rzeczywistości minęło już pięć lat. Bezchmurne niebo rozplatało się nad ich głowami, gdy trzymając się za ręce, spacerowali. Uśmiech nie znikał z jej opalonej twarzy, na którą on nie umiał przestać zerkać. Była idealna. Piękna, a jednocześnie zwyczajna. Wyjątkowa, bo tylko jego.
Druga fotografia i zupełnie inna sceneria. Sylwester 2006 rok. Ostatni ich wspólny. Otulona kocem, leżała na jego łóżku. Zapas chusteczek, tabletki na przeziębienie i ciepła herbata stojąca na nocnym stoliku. Tamta noc pachniała jaśminowym szamponem i intymnością, która towarzyszyła im przez błogie godziny samotności. Jej zachrypnięty głos, czerwony nosek i załzawione oczy. Odziana w luźny dres i grubą bluzę - była doskonalsza, niż kiedykolwiek wcześniej.
Sięgnął po kolejne zdjęcie. Jego ukochane. Te które trzymał najgłębiej. Te które przypominało mu o uczuciu, jakim darzył tą dziewczynę. Te którego nie był wstanie znieść.
Pierwsza łza wypłynęła z jego oczu, spływając po policzku, zatrzymała się na jej twarzy, widniejącej na fotografii.

- Wreszcie znalazła kogoś, kto kocha ją tak jak ty nigdy nie potrafiłeś. Dlatego odejdź i nie wracaj. Nie tęskniliśmy za tobą. Żegnaj, David.

*

- Ja Jokasta Martinez biorę sobie ciebie ...

Uniosła powieki, siadając na łóżku. Drobne łzy wypływały z jej oczu. Miała sen. Cudowny sen. Jeden z tych nierealnych, choć kiedyś wcale by tak o nim nie pomyślała. Kilka lat temu wierzyła w jego spełnienie. Białą suknię, przystrojony kwiatami Kościół i jego czekającego na nią przed ołtarzem w idealnym garniturze - miała mieć to dzisiaj. Podróż poślubna w kraju Kwitnącej Wiśni. To wszystko nie było jedynie snem, lecz planami, które niegdyś snuli. Miało być tak idealnie, romantycznie i kameralnie. Tylko oni i ich najbliżsi oraz Ksiądz, który miał udzielić im tego sakramentu. Pragnęła podpisać wyrok dozgonnej miłości i spoglądać, jak on robi to samo, chwilę później. Mieli być szczęśliwi. Kłócić się o kolor ścian w salonie i wybierać imię dla ich pierwszego dziecka. Życie toczyłoby się dalej, lecz oni ukryliby się przed czasem w swoich ramionach. Dzisiaj, gdy myślała o tym wszystkim, czuła żal. Była zła, że los odebrał jej najpiękniejszą wizję, jaką kiedykolwiek udało się jej zbudować. Wizję, która przez krótki moment wydawała się być realna.
Podwinęła kolana, opierając na nich brodę. Cichy szloch wydostał się z jej ust, a serce zabiło mocniej. Starała się ruszyć do przodu, zapomnieć i uwolnić się, lecz przychodziło jej to z trudnością. On był wszystkim. Każdy moment jej przeszłości nosił jego imię, które wręcz krzyczało, aby o nim nie zapomniała. I w tym tkwił problem. Wmawiała sobie, że pragnie pozwolić mu odejść, lecz w głębi duszy ciągle czekała na cud, który cofnie czas i nie pozwoli, aby tamten dzień, gdy serce pękło na małe kawałeczki, nadszedł.
Przetarła dłońmi twarz, zastygając w bezruchu. Dziwne dźwięki dobiegające za okna, wywołały gęsią skórkę na jej ciele. Naciągnęła pościel, tak jakby wierzyła, że dzięki temu stanie się niewidoczna. Przełknęła ślinę, zakrywając usta dłonią, gdy szelest stał się głośniejszy. Ciche pukanie do szyby, wybiło ją z tropu. Siedziała w ciemności, bijąc się z myślami.
Jedna sekunda. Jeden dźwięk. Cud.

- Jokasta? - zachrypnięty męski głos dotarł do jej uszu. Prawie niesłyszalny, lecz ona poznałaby go nawet wśród miliona innych. Zamrugała oczami, upewniając się, że nie śpi. Odrzuciła pościel na bok, niepewnie stawiając stopy na ziemi. Powoli, bijąc się z myślami, podeszła do drzwi balkonowych. Dłonią odszukała klamkę, którą nacisnęła.
Wszystko wydarzyło się tak szybko i niespodziewanie. Męskie ramiona otuliły jej kruche ciało, lecz zamiast zapachu ukochanych perfum, wyczuła alkoholowy odór.
- David ...
- Wiem ! Jestem bydlakiem, egoistą, dupkiem i .. i .. - czknął, ledwo utrzymując się na nogach. - Kocham cię .. Jestem lepszy od niego.
Poczuła jego usta na swoich, lecz zamiast motyli w brzuchu, których obecności się spodziewała, poczuła jedynie wstręt i niechęć. Wyrwała się z jego uścisku, uderzając go mocno w twarz. Głuchy dźwięk rozniósł się po pomieszczeniu, wraz z jego jęknięciem.
- Wynoś się!
- Jokasta, ale ..
- Wynoś się! Jesteś kompletnie piany, co w ogóle cię nie tłumaczy. Nic cię nie tłumaczy. Boże! Jaka ja byłam głupia - krzyknęła, a z jej ust wydostał się niekontrolowany szloch. - Co ty tutaj robisz? Zresztą.. Nieistotne. Wyjdź. W tej chwili.. Wynoś się.
- Do niego też tak mówisz? Tak mnie kochasz, hym? Ja dla ciebie... Dla ciebie bym wszystko zrobił, a ty? Zabawiasz się na bo...
Kolejny cios i dźwięk pękającego serca. Rzeczywistość wydała się być mniej kolorowa, niż jeszcze minutę temu. Nagle drzwi do pokoju się otworzyły, a blask lampy sufitowej poraził męskie oczy.
- Co tutaj się dzieje? - Zaspana kobieta spoglądała to raz na swoją zapłakaną córkę, to na pianego mężczyznę, którego nie spodziewała się tutaj zobaczyć.
- Ooo.. Dobry, Pani Martinez! Wpadłem... Pogratulować mojej dziewczynie nowego faceta...
- Nie wiem, jakim cudem się tutaj znalazłeś i czego oczekiwałeś, ale w tej chwili wychodzisz.
Średniego wieku kobieta złapała Davida za ramie, wypychając przez drzwi od tarasu. Mężczyzna krzyczał jeszcze jakieś niezrozumiałe rzeczy, lecz nie interesowało to jej. Zamknęła drzwi, podchodząc do swojej córki, która siedziała na podłodze cała we łzach.
- Spokojnie, kochanie - otuliła ją swoimi ramionami.
- To tak bardzo boli - wyjąkała Jokasta, wtulając się w ciało rodzicielki.
- Wiem, Aniołku. Wiem.
To nie ta bajka, Księżniczko.

***

Katie Herzig - "Holding Us Back" (tytuł odcinka)
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz