sobota, 20 października 2012

24. ''Wierzymy w zmiany...''




Wierzymy w zmiany, a może raczej chcemy wierzyć, że wszystko może się zmienić. Chcemy, aby nasze życie dokonywało przemian z taką łatwością, jak zmienia się pogoda za oknem. Pragniemy tego, tłumaczymy sobie, że nic nie dzieje się bez powodu, że Bóg miał jakiś cel, aby sprawić nam taką niespodziankę, że i ona może kiedyś nabrać nowego wyrazu. Potrzebujemy tej wiary, żeby kroczyć po tym nieprostym świecie...

Stanęła przed lustrem, delikatnie podnosząc bluzeczkę do góry. Utkwiła swoje niebieskie spojrzenie w lustrzanym odbiciu. Z zainteresowaniem i determinacją doszukiwała się, chociaż najmniejszej, malutkiej zmiany. Czegoś, co by ją upewniło, że ono jest tutaj, z nią, pod jej sercem. Opuszkami palców przejechała po jeszcze płaskim brzuchu. Na jej mlecznej skórze pojawiła się gęsia skórka. Była ciekawa jak będzie wyglądać za miesiąc, trzy i dziewięć miesięcy później. Czy będzie przypominać wielkiego wieloryba, a może uda jej się zachować odpowiednią wagę? Czy będzie miała zachcianki na majonez z pasztetem lub na czekoladę? Czy na jej twarzy pojawią się pryszcze, a może pozostanie w idealnym stanie? Nie mogła się doczekać tych zmian. Pragnęła ich z całego serca, chociaż w głębi duszy nadal odczuwała strach. Bała się, czy sobie poradzi, czy będzie dobrą matką, i czy on będzie chciał być ojcem? Westchnęła, opuszczając bluzeczkę. Usiadła na łóżku, sięgając po komórkę, która leżała na nocnym stoliku.

Wierzymy, że zmiany mogą się dokonać. Zniszczony i opustoszały budynek może nagle stać się pięknym i zamieszkiwanym miejscem, jeśli tylko poświęcimy mu czas, włożymy w jego naprawę wszystkie siły i serce. Odrobina zrozumienia, bezinteresowna pomoc i kropla miłości, czyni człowieka lepszym. Każda zmiana jest możliwa, jeśli w nią uwierzymy...

Usiadł na sofie, zaciskają długie palce na chłodnej szklance. Poruszył nią delikatnie, obserwując, jak brązowy trunek rozbija się o wszystkie ścianki. Dzisiaj nie miał dobrego argumentu, aby sięgnąć po alkohol. Dotąd tłumaczył to sobie złym humorem, ochotą do zrelaksowania się lub po prostu do zapomnienia. Dzisiaj było inaczej, bardziej przerażająco, bo uświadomił sobie, że pije, bo musi. Jego organizm domagał się od niego dawki procentów, które już dawno nie gościły w jego żyłach, podobnie, jak śmiercionośna substancja, która znajdowała się w leżącej na stole strzykawce. Jeszcze po nią nie sięgnął, ale wiedział, że wkrótce to zrobi. Gdzieś w środku czuł, że nie powinien, bo tego właściwie nie chce, lecz potrzeba była silniejsza. Przymknął oczy, nabierając powietrza. Czuł, jak jego dłonie zaczynają drżeć, a na czole pojawiają się pierwsze krople potu. Ciągle nie chciał powiedzieć tego na głos, ale pomału zaczynała do niego docierać przykra prawda: był uzależniony. Przełknął ślinę, otwierając oczy. Odłożył szklaneczkę na stolik, wyciągając dłoń po strzykawkę. Zatrzymał ją jednak w połowie drogi, gdy do jego uszu dotarł dźwięk komórki. Wybawienie.

Czasami wierzymy w zmiany, które dostrzegamy tylko my sami. Nie słuchamy opinii innych, odpychamy od siebie świadomość, że możemy być w błędzie. Ponownie pozwalamy sobie na zapomnienie i wiarę, że naprawdę dochodzi do cudów. Widzimy świat w innych barwach, wydarzenia opisujemy własnymi słowami, a uczucia mają osobiste brzmienie. Bo wierzymy, że czasami przyszłość może stać się jednym z marzeń...

Nabrała powietrza, opierając głowę o ścianę. Nienawidziła zapachu lekarstw i głosów, które zwiastowały niekoniecznie dobre informacje. Nie lubiła tego miejsca, któremu większość ludzi bezgranicznie ufała. Tutaj bowiem odbywała się walka. Tutaj dotąd niewyraźna granica między śmiercią, a życiem nabierała wyrazistości. I to ją przerażało. Gdy wchodziła tutaj, towarzyszyły jej różne emocje - nadzieja, niepewność i strach. W tej chwili jedynie odczuwała niepokój. Nie była pewna, czy jest gotowa na podjęcie kolejnej próby, na zaufanie po raz kolejny i na to, co będzie później. Bała się tego, a jednocześnie czuła, że musi spróbować. Nie chciała spędzić reszty życia z tym paskudnym uczuciem, że nie zrobiła wszystkiego, aby odmienić swój los. To była być może ostatnia szansa, aby tego dokonać, aby znowu spojrzeć na świat i dostrzec jego barwy.
Wyprostowała się gwałtownie, gdy poczuła dotyk czyjejś dłoni na swojej własnej.

- Przecież obiecałem, że będę przy tobie - odparł, Mark. Jokasta uśmiechnęła się subtelnie, mocno przytulając się do niego.
Zmiany mają to do siebie, że czasami po prostu nie nadchodzą lub nie uwzględniają nas w swoich przemianach...

- Stęskniłam się za twoim głosem, wiesz? - spytała, uśmiechając się przez łzy. - Nie rozmawialiśmy ze sobą tak długo. Zapomniałeś o mnie?
- Nie, Sophia. Po prostu byłem bardzo zapracowany - skłamał, przewracając oczami. Nie miał ochoty na rozmowę z nią. Nie teraz, gdy nie umiał się skupić, gdy chciał czegoś zupełnie innego.
- Rozumiem. Jak tam projekt, dobrze?
- Pomału nad nim pracujemy. Nie wiem, czy nie będę musiał zostać tutaj dłużej.
Westchnęła, a drobna łza spłynęła po jej policzku. Znowu coś było ważniejsze od niej.
- Jak długo?
- Nie wiem. Może kilka dni, a może nawet tygodni - jego głos nawet nie zadrżał, gdy uraczył ją kolejnym kłamstwem. Wcale nie przez pracę musiał zostać tutaj dłużej. Powód, który trzymał go w tym mieście, miał imię, brązowe włosy i piękne czekoladowe oczy.
- A mógłbyś przyjechać, chociaż na weekend? Albo ja odwiedzę ciebie? - spytała, milknąc na chwilę. Już nie kontrolowała łez ani głosu, który załamywał się jej coraz bardziej. - Musimy porozmawiać, David.
- Zobaczę co da się zrobić.
- Ostatnio też tak mówiłeś i co? Nie przyjechał...
- Muszę kończyć - przerwał jej, rozłączając się.

Zacisnęła mocniej palce na telefonie, który jeszcze przez chwilę trzymała przy uchu. Głuchy dźwięk przerwanego połączenia, złamał jej serce. Była zbyt słaba, aby poradzić sobie z tym sama. Potrzebowała go teraz, a on znowu ją odepchnął. Rozpłakała się, a z jej ust wydostał się donośny szloch. Cierpiała.

A czasami zmiany są efektem długiej drogi, którą postanawiamy przebyć, aby ich dokonać...

- Widzisz? Mówiłem, że nie masz się czego bać - odparł Mark, obejmując brązowowłosą ramieniem, gdy spokojnie opuszczali szpital. - Doktor Mendez mówi, że nie ma żadnych zastrzeżeń, co do kolejnej operacji, a na dodatek potwierdził słowa twojej mamy, że to naprawdę bardzo dobra klinika.
- Niby tak, ale... - zamilkła. Bała się, że znowu dozna rozczarowania lub, że coś pójdzie nie tak. Operacje przerażały ją już przed wypadkiem, a po nim ten lęk się nasilił. Poczuła w oczach palące łzy. - Ile razy mówił już to samo, Mark? Chyba z tysiąc. Zawsze miało być skutecznie, najlepiej i bezpiecznie, a było? Bezskutecznie i strasznie, bo ja się boję. Boję się, gdy mnie usypiają, że już nigdy więcej się nie obudzę lub otworzę oczy i okaże się, że oprócz wzroku, straciłam coś jeszcze. To nie takie proste, to nie jest łatwe..
- Wiem, Malutka. I uwierz mi, że też nie lubię, gdy jesteś zabierana na salę operacyjną, ale wierzę, że Bóg wysłucha naszych modłów, i że tym razem będzie inaczej. - Przytulił ją mocniej, uśmiechając się delikatnie, dodał: - Zobaczysz, za pół roku będziesz mogła znowu podziwiać wszystko dookoła, łącznie z moją paskudną twarzą.
- Dziękuję - odparła, zatrzymując się w miejscu. Stanęła przed nim, wyciągając twarz ku górze. Promienie słońca osiadły na niej, rozświetlając ją.
- Za co? - wyszeptał, podziwiając jej nieskazitelnie piękną buzię. Jego serce zabiło mocniej, a dłonie zakleszczyły się na jej biodrach, przysuwając jej ciało bliżej jego.
- Za to, że jesteś tutaj ze mną, że mnie wspierasz, i że mnie kochasz mimo wszystko.
- Czyli za nic, bo za to się nie dziękuje.

Nachylił się nad nią, skradając z jej ust delikatne pocałunki. Była całym jego światem, w który ona pomału zaczynała wierzyć.

Zmiany zawsze zachodzą, lecz tylko i wyłącznie od nas zależy jakie one będą. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz