sobota, 20 października 2012

29. A gdy kogoś kochasz, to chcesz dla niego jak najlepiej, prawda?



Does everything that's good have to fade?
- Nigdy nie chciałam cię zranić, ale... - Zamilkła, łapczywie nabierając powietrza. Widział jak po jej policzkach spływają łzy, a podbródek niebezpiecznie drży. Miał ogromną ochotę przytulić ją, ale powstrzymał się. Nie mógł tego zrobić. Nie powinien. - Nie mogę dłużej oszukiwać samej siebie i przede wszystkim ciebie, że on nic dla mnie nie znaczy, bo to kompletna bzdura. Naprawdę myślałam, że mi się uda zapomnieć i ruszyć do przodu. Tak bardzo chciałam pokochać ciebie, ale nie umiem, bo ja ciągle czuję coś do niego i wątpię, aby miało to ulec zmianie w najbliższym czasie.

Siedział w barze, obracając w dłoni - zapełnioną do połowy - butelkę piwa. Nie wiedział ile ich już wypił, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Dzisiaj chciał zapomnieć. Zagłuszyć słowa, które rozrywały jego serce na najmniejsze kawałeczki. Znowu przegrał. Dzisiaj czuł się tak naiwnie, bo jak uczniak uwierzył, że ona może należeć do niego. A przecież prawda od początku była oczywista. Ona zawsze była Davida. Zawsze. Czekała na jego powrót od samego początku, traktując go jak idealny materiał do zapchania czasu. Był na każde jej zawołanie, próbował dodać jej pewności siebie i wiary, że jest w stanie normalnie żyć nawet będąc osobą niewidomą, wspierał ją i kochał jak nikogo wcześniej, a ona dała mu kolejnego kopniaka. Naprawdę był tak beznadziejny?
- Miłość jest beznadziejna. - Czknął, podnosząc zamglony wzrok na znajomego barmana. - Oddałbym za nią wszystko. Wszystko, słyszysz? A ona co? Wybrała go. Tego dupka, który zranił ją tak dotkliwie, który nie był przy niej, gdy ona potrzebowała pomocy, który... - Zaśmiał się, upijając łyka piwa. - Miłość jest do dupy, Paul. Do dupy...
- Przykro mi, stary - odparł młody chłopak, kładąc szmatkę do wycierania naczyń na blat. - Widocznie nie zasługiwała na ciebie.
- Gówno prawda - krzyknął, dodając ściszonym głosem: - to ja nigdy nie zasługiwałem na nią. Łudziłem się przez lata, że ktoś taki, jak ona może mnie pokochać. Od razu powinienem dać sobie spokój. Przecież ta walka była przegrana już na starcie. A wiesz co jest najgorsze? - Przelotnie spojrzał na barmana, który pokiwał przecząco głową. - Pieprzenie o przyjaźni...

- Powiedz coś? - poprosiła łamiącym się od płaczu głosem. Spuścił głowę, kciukiem masując skroń, która zaczęła niebezpiecznie pulsować. Co niby miał powiedzieć? "Nic nie szkodzi", "Nie przejmuj się mną. Ja sobie poradzę", a może: "Życzę wam gromadki dzieci, dużego domu i niekończącej się miłości"? Nie rozumiał czego oczekuje od niego. Błogosławieństwa, aprobaty, a może entuzjazmu? Może powinien skakać po pokoju i wykrzykiwać radośnie jak cholernie się cieszy, że znowu go odstawia na półkę, gdy w jej zasięgu pojawia się David. Tego chciała?
- A co mam powiedzieć, Jokasta? - spytał beznamiętnie.
- Cokolwiek. Prawdę.
- Nie sądzę, aby to było najlepsze rozwiązanie. Podjęłaś już decyzję, a ja nie mam zamiaru po raz kolejny przekonywać cię, abyś zmieniła zdanie. To już przestało mieć sens - odparł, nabierając powietrza. - Chyba będzie lepiej jak już pójdę.
- Mark, poczekaj - poprosiła, gdy usłyszała, że podnosi się z łóżka. - Ja naprawdę nie chciałam, aby tak to się potoczyło. Jesteś fantastycznym facetem i wiem, że znajdziesz pewnego dnia kobietę, która to doceni. Jestem tego niemalże pewna...
- Skończ! - syknął, przerywając jej. Zrobił kilka kroków w jej kierunku, zatrzymując się raptownie. - Zrób chociaż tyle i nie wygaduj tych wszystkich kłamstw, okej? Naprawdę to w niczym nie pomaga, a jedynie przysparza bólu.
- Ale ja nie kłamię - zaparła się, co on skwitował gorzkim śmiechem.
- To w takim razie, dlaczego wybrałaś go? - W pomieszczeniu zapanowała cisza, co dało mu jasną odpowiedź. Nie był aż tak fantastyczny. - Cześć - odparł sucho, obracając się.
- Mark, poczekaj. Zostańmy przyjaciółmi. Nie chcę cię stracić... Mark. - Zacisnął dłonie w pięści, nienawidził, gdy płakała.

- Nie byłeś wystarczająco dobry, aby zostać jej facetem, więc zostań przyjacielem - odparł ironicznie, mocząc usta w piwie. - Mówię ci, Paul, nie zakochuj się. Ja oddałem swoje serce i co mam w zamian? Pustkę i nieopisany ból. Matko, jaki ja byłem głupi!
- Nie mów tak, Mark. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Za kilka miesięcy będziesz się z tego śmiał. - Niebieskooki pokręcił przecząco głową, wskazując palcem na barmana.
- Bez niej już nigdy nie będzie dobrze. Tyle lat kochałem się w niej. Tyle lat na nią czekałem, aby przegrać z nim. Aby znowu być tym drugim. Jakie to jest chore.. A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że choćbym chciał ją znienawidzić, to nie umiem. Życzę jej dobrze i jeśli David jest tym facetem, który ma sprawić, że ona będzie szczęśliwa, to trudno. Pogodzę się z tym, bo ją kocham. A gdy kogoś kochasz, to chcesz dla niego jak najlepiej, prawda?
Paul uśmiechnął się do przyjaciela, klepiąc go po ramieniu. Miał rację. Cholerną rację.

- Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek będę umiał zostać twoim przyjacielem, Jokasta. Za dużo dla mnie znaczysz. Za dużo. Ale pamiętaj, że choćby nie wiem co, to ja zawsze będę stał za tobą murem i nigdy, przenigdy nie będę życzył ci źle. Bo kochać ciebie, to najwspanialsze, co mi się przydarzyło. Nawet jeśli teraz boli, to wiem, że za kilka dni bądź miesięcy będę dziękował Bogu, że mogłem cię mieć, chociaż na krótką chwilę. Żegnaj, Pięknooka - odparł, opuszczając pokój.

Don't leave me empty this way
Don't leave me here with this pain
Does everything that's good have to fade?*

***


Dzisiaj powiemy sobie wszystko. Bez strachu i lęku.
Dzisiaj spróbujemy sobie zaufać, aby zrozumieć wzajemne pragnienia.
Dzisiaj staniemy sobie bliżsi...

Zadrżała, gdy natrafiła na jego zaskoczone spojrzenie. Stał kilka metrów od niej. W dłoniach trzymał jakieś papiery, które analizował z mężczyzną stojącym obok. Ubrany nienagannie, z idealnie ułożoną fryzurą, zachwycał. Takiego go zapamiętała. Pewnego siebie, czarującego, mężczyznę sukcesu, którym niewątpliwie był. Tylko ona wiedziała, że pod tą maską kryje się zagubiony facet, który nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z własnymi emocjami. Tylko ona znała go od tej drugiej strony.
Poczuła ukłucie w sercu. Mimo, że była na niego zła za te wszystkie dni milczenia. Mimo, że czuła się oszukana i osamotniona. A nawet mimo tego, że czuła nadchodzący koniec, to nie mogła udawać, że nie brakowało jej go. Może nie przypominali szczęśliwej pary, która nie może oderwać się od siebie ani na krótką sekundę, tak jakby przebywanie we własnym towarzystwie chroniło ich przed śmiercią, to łączyły ich wspomnienia. Nie wszystkie były kolorowe i przyjemne, ale niewielka część z nich właśnie taka była. Pamiętała momenty, gdy obejmował ją swoimi ramionami, gdy kołysał ją do snu czy po prostu siedział obok, oglądając telewizję. Chwile, gdzie byli razem. Nie do końca idealne, ale bliskie jej sercu, bo przecież ona go kochała. Nie mogła powiedzieć, że była to odwzajemniona miłość, co trochę ją bolało. Dzisiaj jednak nie chciała rozdrapywać starych ran. Nie przyjechała tutaj, aby się kłócić czy domagać zainteresowania, bo nie potrzebowała tego. Dzisiaj już nie była tą Sophią, która ślepo podążała za nim. Nauczyła się żyć bez niego i co było dla niej dużym zaskoczeniem, nie było to takie straszne. Może nie do końca wyleczyła się z tej miłości, ale była na dobrej drodze ku temu. Jedyne czego nie chciała, to zapomnieć, bo wbrew pozorom epizod z ich wspólnego życia, dał jej więcej niż oczekiwała dostać.
Niepewnie poprawiła sukienkę, gdy zobaczyła, że zbliża się do niej. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie bała się w tej sekundzie. Całe jej ciało drżało ze strachu. Nie wiedziała jak zareaguje na wiadomość, którą miała mu do przekazania. Chciała, żeby się ucieszył. Nie dla niej ani nie dla nich, lecz dla tego maleństwa, które rozwijało się pod jej sercem.
Uśmiechnęła się, niepewnie stawiając kroki, aby szybciej pokonać dzielącą ich odległość. Widziała zaskoczenie i niedowierzanie wymalowane na jego twarzy. Nie zdziwiła ją jego reakcja, przecież nie uprzedziła go w żaden sposób, że ma zamiar tutaj przyjechać.

- Witaj - wyszeptała, stając na palcach, aby złożyć drobny pocałunek na jego policzku. Poczuła jak delikatnie obejmuje ją w pasie. Znowu zachłysnęła się zapachem jego perfum. Tęskniła za nim i to bardzo.
- Co ty tutaj robisz? - spytał, a jego ciepły oddech otulił jej twarz. Odsunęła się od niego, zadzierając głowę do góry tak, aby spojrzeć mu w oczy. Były tak samo brązowe jak wtedy, gdy wyjeżdżał.
- Przyjechałam, bo musimy porozmawiać. To naprawdę ważne i - spojrzała na niego znacząco, gdy jego usta poruszyły się, aby jej przerwać, dodała: - nie wyjadę stąd dopóki nie znajdziesz dla mnie chwili. - Poruszył się w miejscu, odwracając za siebie.
- Dobrze. Poczekaj, zaraz wrócę - odparł, odchodząc. Przyglądała się mu, uśmiechając w myślach - tylko on stawiał tak charakterystycznie kroki.

Nabrała powietrza, rozkoszując się przyjemnym zapachem kwiatów. Ucieszyła się, gdy powiedział, że zabiera ją na spacer po niewielkim, dosyć opustoszałym, aczkolwiek zadbanym, parku. W tym momencie wręcz cieszył ją spokój jaki panował w tym miejscu. Tak było lepiej. Nikt nie powinien był przeszkodzić i w tej chwili.
- A więc dlaczego przyjechałaś? - zagadnął, gdy przeszli już spory kawałek. Przymknęła powieki, odszukując w sobie siłę, której potrzebowała.
- Tęskniłam za tobą, ale nie przyjechałam tutaj tylko dlatego...
- Sophia, przepraszam - Zatrzymał się, stając przed dziewczyną. Jego ciemne tęczówki błądziły po jej twarzy, zapomniała jakie przyjemne uczucia temu towarzyszyły. Uśmiechnęła się nikle, mrużąc oczy, oślepione przez promienie słońca. - Powinienem był dzwonić, ale tak wiele rzeczy się tutaj wydarzyło, że po prostu brakowało mi czasu, ale to nie znaczy, że zapomniałem.
- Nie musisz się tłumaczyć, David, chociaż nie powiem, jest to miłe. - Uśmiechnęła się zadziornie, wymijając chłopaka. Powoli kroczyła przed siebie, czując za sobą jego obecność.
- To o co chodzi? Co takiego chcesz mi powiedzieć, Sophia? Ja naprawdę nie mam wiele czasu.
- Wiem, David, ale to, co chcę ci powiedzieć nie jest proste - odparła, odwracając się w jego stronę. Stali oddaleni od siebie o zaledwie kilkanaście centymetrów. Oboje mierzyli się spojrzeniami tak, jakby wierzyli, że oczy odpowiedzą na ich wszystkie pytania. Rzeczywistość wymagała jednak słów. - Oboje wiemy, że ten związek, jeśli można to w ogóle nazwać związkiem, nigdy nie miał szans na przetrwanie. Sama nie byłam w stanie kochać za nas dwoje i nie zaprzeczaj, że było inaczej. Nie jestem głupia, David, chociaż przez lata łudziłam się, że może pewnego dnia pokochasz mnie, to dzisiaj wiem, że to były tylko bezsensowne mrzonki. To nie mój świat. Ja nie należę do niego, bo ty nigdy nie chciałeś mnie do niego wpuścić. I dzisiaj nie mam do ciebie o to pretensji. Po prostu tak musiało być. Twój wyjazd dał mi dużo do myślenia, a przy okazji poznałam kogoś. Jest fantastyczny - zaśmiała się wdzięcznie, kontynuując: - słucha mnie, otacza opieką, mówi jaka cudowna jestem i zawsze ma czas. Chyba się w nim zakochałam, wiesz? - spytała, podnosząc wzrok na jego twarz. Poczuła palące w oczach łzy. Uśmiechnął się nikle.
- Cieszę się, Sophia. Naprawdę. Zasługujesz na szczęście - odparł zupełnie szczerze, podchodząc do niej, lecz ona odsunęła się o kilka kroków.
- Problem w tym, że los spłatał figla i... - Zamilkła na chwilę, szukając w głowie odpowiednich słów. Nie było jej łatwo. Musiała skończyć coś, co prawdopodobnie nigdy się nie zaczęło, a jednocześnie przyczepić do tego sznurek, który już do końca życia, będzie łączył ich nierozerwalnie. - Będziemy rodzicami, David.
Zamarł. Nagle wszystkie emocje zniknęły z jego twarzy. Widziała to doskonale. Poruszył się nerwowo, marszcząc czoło.
- My? Rodzicami? - Pokręcił głową, podchodząc bliżej niej. - Ale jak?
- Wiem, że jesteś w szoku. Uwierz mi, że ja też byłam, gdy się o tym dowiedziałam. Nawet chciałam usunąć dziecko, ale nie umiałam tego zrobić - mówiła gorączkowo, nerwowo zakładając kosmyki swoich włosów za ucho. - Naprawdę, nie oczekuję od ciebie niczego. Chciałam, żebyś o tym wiedział, bo wiem jak ciężko jest, gdy dziecko wychowuje się bez rodziców. Znaczy, ja miałam rodziców, ale właściwie tak jakby ich nie było. Nieważne. Po prostu uznałam, że powinieneś wiedzieć, a co z tym zrobisz, to zależy już tylko i wyłącznie od ciebie. Nie będę naciskać. Nie będę zła jak zrezygnujesz z tego dziecka. - Złapała się za brzuch, który był delikatnie zaokrąglony. - Chciałam, żebyś wiedział, że wkrótce na świecie pojawi się twój potomek. Tylko tyle.

Stał w miejscu, milcząc. Przyglądał się jej. Widział łzy spływające po jej lekko zarumienionych policzkach. Widział delikatnie zaokrąglony brzuch, na którym spoczywały jej dłonie. Widział to wszystko i nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Nabrał powietrza, siadając na pobliskiej ławce. Ukrył twarz w dłoniach. Nie umiał zapanować na emocjami. Tak dawno nie pozwalał sobie na chwilę słabości. Poczuł jak siada obok, kładąc swoją delikatną dłoń na jego ramieniu. On też tęsknił.

- Będzie dobrze. Potrzebujesz czasu. Ja też go potrzebowałam - odparła spokojnie, wtulając swoją twarz w jego włosy.

... bo od dzisiaj nie łączy nas już tylko przeszłość, teraźniejszość, a nawet przyszłość. Dzisiaj łączy nas coś, co będzie trwać nawet wtedy, gdy my odejdziemy. 

***

*Trent Dabbs - "Empty"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz