sobota, 20 października 2012

4."Dusił się, tęskniąc za nią"



[Eminem - "Space Bound"]

Nobody knows me, I'm cold, walk down this road all alone
It's noone's fault but my own, it's the path I've chosen to go.

Przycisnął pedał gazu, pędząc przed siebie. Tysiące znaków, miliony złamanych przepisów i prędkość, która w jednej, krótkiej sekundzie mogła odebrać mu wszystko. Śmierć spoglądała mu w oczy, lecz nie czuł strachu. Demony przeszłości wybudziły się ze snu, przynosząc ból. Momenty, które kiedyś były dla niego wszystkim, a które zniszczył na własne życzenie, przelatywały mu przed oczami, zamazując obraz rzeczywistości. Nie wiedział, gdzie się znajduje, ani czy sygnalizacja świetlna wskazuje czerwone, a może zielone światło. Nie liczyło się nic, oprócz tego piekielnego, wypalającego serce uczucia i pragnienia, które otwarcie mówiło mu, gdzie powinien być.
Dźwięk gwałtownie hamującego samochodu, dotarł do jego uszu. Zbagatelizował to, nawet się nie obrócił. Był szybszy od wszystkich. Był ważniejszy i silniejszy, aby przejść przez to życie, bez żadnej rany. Prosta droga oświetlona latarniami ulicznymi, kolejny rekord na liczniku prędkości. Uciekał przed jej zapachem, który znowu rozbudził się w jego nozdrzach. Przed spojrzeniem jej brązowych tęczówek, gdy opuszczał jej dom. Przed każdą chwilą spędzoną w jej towarzystwie i tym, co czuł, gdy była tuż obok. Za uśmiechem, dotykiem jej rąk i za małym pieprzykiem u dołu brzucha. Ukrył, to wszystko głęboko w sobie, mając nadzieję, że już nigdy w życiu nie zapragnie pozostać, jak wtedy, gdy była obecna w jego życiu.
Ostry zakręt. Tysiące barw i dźwięków - wszystko tworzyło jedność. Czuł, jak adrenalina przedostaje się do jego krwi. Uśmiechnął się żałośnie, przymykając powieki. Czy tak wygląda koniec?

My body aches when I ain't, witchu, I have zero strength
There's no limit on how far I would go, no boundaries, no lengths.

Zahamował, zatrzymując się na krawędzi wzgórza. Spoglądał na całe miasto, które z tej perspektywy wydawało się być takie małe i bezbronne. Gdzieś ktoś jadł kolację, gdzieś ktoś kochał się ze swoją ukochaną, a jeszcze inny opuszczał ją, gdy spokojnie spała, wierząc, że gdy rano się obudzi on nadal będzie. Tak bardzo przypominał tych wszystkich ludzi. Znał uczucia, o których oni mówili. Widział sceny ich życia, które tak bardzo przypominały jego własne. Był pionkiem w grze z tą różnicą, że był wystarczająco odważny, aby rzucić kostką, wytaczając własny los. Był bezczelnym ignorantem, który wykorzystywał ludzi, aby osiągnąć własny cel i poczucie szczęścia. Miał piękny, luksusowy apartament, własną firmę i kobietę idealną. Głupiutką, niewymagającą, piękną. Gdy dzisiaj o poranku trzymał ją w swoich ramionach, spoglądając w jej twarz, nie widział niebieskich tęczówek, uroczych rumieńców i delikatnego uśmiechu. Widział zupełnie coś innego, co rozbudziło w nim strach. Brązowe spojrzenie, dołeczki w policzkach i ten zawsze szeroki uśmiech, za którym nagle zatęsknił. Nie chciał jej, tylko zupełnie inną kobietę, na którą nie zasługiwał. Gdyby chciał ją odzyskać, musiałby zrezygnować z dotychczasowego życia, a nie był wstanie tego dokonać. Dusił się, tęskniąc za nią.
Ściągnął kask, schodząc z motoru. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów i komórkę. Odpalił jednego papierosa, wybierając znany mu numer.

- Cześć stary, co jest?
- Nie mam ochoty wracać do domu. Mogę wpaść?
- Wpadaj, a ja zabieram się za szykowanie sam wiesz czego.

Rozłączył się, wyrzucając niedopałek. Ostatni raz spojrzał przed siebie, zakładając kask.

Just promise me you'll think of me
Every time you look up in the sky and see a star.*

***

Ślepota, to coś więcej, niż niemożność zobaczenia barwnego świata, to utrata poczucia stabilności, bezpieczeństwa i radości z podziwianych oczami chwil życia.

 To umiejętność chwytania najpiękniejszych krajobrazów dotykiem i słuchem.

Uśmiechała się szeroko do ludzi, których tak dawno nie widziała, nie słyszała, z którymi nie przebywała, a za którymi, tak bardzo tęskniła. Czuła się dalej nieco niepewnie, choć nie odczuwała dyskomfortu. Nikt jej nie współczuł, nikt nie wspominał o wypadku, a już zupełnie nie słyszała cichych szeptów za jej plecami. Miała wrażenie, że wszystko się zatrzymało, że przeszłość nie miała znaczenia, a ona nadal pozostawała dużą częścią przyszłości. Jej serce waliło, jak oszalałe w pierś, gdy znajomi zapraszali ją na wspólne wypady, do wspólnego rozkoszowania się życiem i młodością, o której jeszcze niedawno chciała zapomnieć. Znowu była Jokastą, którą uwielbiali wszyscy. Żartowała, udzielała się w rozmowach, nie bała się być w centrum uwagi, gdyż wiedziała, że w gronie tych ludzi może czuć się bezpieczna.
Donośna muzyka wydostawała się z głośników, a aromat alkohol drażnił jej nozdrza. Nigdy nie była wielką fanką zakrapianych imprez. Doskonale potrafiła się bawić bez procentów we krwi, dlatego tłumaczenie, że bez używek nie ma zabawy, było dla niej absurdalnym wymysłem ludzi, którzy po prostu nie mogli się opanować przed zamoczeniem ust w szklance mocnego napoju. Nabrała powietrza, przejeżdżając dłonią po śliskim materiale sukienki. Zielona sukienka sięgała jej kolan, odsłaniając zgrabne łydki. Czarne czółenka na niewielkim obcasie dodawały jej kilku centymetrów, a idealnie wyprostowane włosy i prawie niewidzialny makijaż pozostawiał ją naturalną i pełną uroku, który nosiła w sobie. I choć sama nie mogła podziwiać swojego wyglądu, wierzyła na słowo Nadii, która zachwycała się nią, w każdej sekundzie. Ich przyjaźń była nicią bezgranicznego zaufania i zrozumienia, które potrafiły przekazać sobie bez słow. Cieszyła się, że ma ją obok siebie w tak trudnych i przełomowych momentach swojego życia. Nic już nie miało wyglądać, jak dawniej, co wcale nie musiało oznaczać, że teraz będzie tylko gorzej.
- Cieszę się, że przyszłaś. - Usłyszała obok siebie męski głos, który rozpoznałaby nawet na końcu świata. Uśmiechnęła się delikatnie, a w policzkach pojawiły się malutkie dziureczki.
- Ja również. - Odparła niepewnie, patrząc przed siebie. Nutka goryczy wtargnęła do jej serca. Chciałaby znowu spojrzeć na jego twarz, aby doszukać się zmian, jakie na niej zaszły. Chciałaby znowu zatopić się w jego ciepłym, pełnym uczucia spojrzeniu, którym potrafił przekazać jej więcej, aniżeli słowami.
- Zatańczymy?

Ciepło bijące od jego ciała, wywołało przyjemny dreszcz na jej ciele. Spokojna muzyka leciała w tle, a ona wsłuchiwała się w jego spokojny oddech na swojej szyi i cichy szept, którym wymazywał wszelakie troski. Znowu potrafiła zaśmiać się głośno i szczerze, gdy był blisko. Nie interesowało ją, czy ktoś teraz na nich patrzy, czy ktoś komentuje jej zachowanie. Przy nim wszystko wydawało się być dozwolone i takie prostsze, aniżeli wtedy, gdy znikał. Okręcił ją wokół osi, wprawiając w ruch jej długie włosy i krótką sukienkę. Ufnie wpadła w jego ramiona, składając na jego policzku krótki pocałunek. Mocniej przyciągnął ją do swojego ciała, gdy ona spokojnie ułożyła głowę na jego ramieniu.

Była piękna, gdy szeptał jej na ucho kompletne głupoty. Była wyjątkowa, gdy trzymał ją w swoich ramionach. Była sobą, gdy sprawiał, że teraźniejszość znikała.

Był wszystkim, czego potrzebowała, nie widząc niczego.

***

- Zastanawiałeś się kiedyś, jak mogłoby wyglądać twoje życie, gdybyś postąpił inaczej?
Zaciągnął się mocniej, oczekując odpowiedzi przyjaciela. Znali się od wielu lat. Wspólnicy. Obaj młodzi, wierzący, że złapali Pana Boga za stopy, tak naprawdę kroczący po błędnej ścieżce, która prowadziła ich do zgubienia, o którym nie mieli pojęcia.
- O czym ty do mnie mówisz, David? Jak inaczej miałbym postąpić? Przecież mam wszystko to, czego chciałem. Jestem bogaty, przystojny i młody.
Jego spojrzenie ulokowane było na strzykawce, którą trzymał w dłoniach. Chwila zapomnienia, która pozwalała mu na rozluźnienie mięśni i wypuszczenia kłębiących się w głowie myśli. Krok ku śmierci, której nie czuł za swoimi plecami.
- A miłość?
Donośny śmiech rozszalał w jego uszach. Dopiero teraz dotarło do niego do czego prowadzi ta rozmowa, co chce uświadomić sobie samemu. Poruszył przecząco głową, wyciągając z dłoni przyjaciela magiczne lekarstwo.
- Miłość, stary, to uczucie, którym karmią się słabi faceci, którzy nie umieją bawić się z życiem. A my, David, my... My jesteśmy zbyt mądrzy, aby kochać.

Jeden płyn, jedna krew i jedno życie. Kilkanaście minut na krawędzi kilkudziesięciu lat.

Czujesz smak śmierci? 

***

*Eminem - "Space Bound" 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz