sobota, 20 października 2012

5."Chciała usłyszeć prawdę udekorowaną kłamstwem"



Biedna ta miłość, cała się mieści w filiżance kawy.
Smutna ta miłość, niech się napije, kto ciekawy.

Powoli weszła do mieszkania, kładąc reklamówkę z zakupami na komodę. Podpierając się ściany, ściągnęła sandałki. Westchnęła, poprawiając wysokiego kucyka, z którym jeszcze przed sekundą igrał wiatr. Sięgnęła ręką po reklamówkę, ruszając w stronę kuchni. Jej bose, spocone stopy pozostawiały ślady na ciemnych panelach, gdy krocząc, nuciła pod nosem piosenkę. Nie lubiła ciszy, która tak często gościła w tych czterech ścianach. Przerażała ją. Była tak oczywistym wyrazem jej samotności. Spędzane samotnie dni i noce, których również było wiele. Całe jej życie poruszało się po torze, którego nigdy nie miała wybrać, a jednak. Chciała szacunku, miłości i zauważenia, lecz gdy poznała go, zapomniała o własnych oczekiwaniach. Liczył się tylko on.
Odkręciła kran, z którego wydostała się chłodna woda. Dokładnie umyła warzywa i owoce, które zakupiła na pobliskim targu. Wszystko wrzuciła do wielkiej, czerwonej miski, którą niegdyś sama wybrała. Jeden z nielicznych przedmiotów, który uświadamiał ją, że w pewnym stopniu i ona jest panią tego domu. Wytarła dłonie w kuchenny ręcznik. Zbierając resztę produktów z blatu, ruszyła ku lodówce, w której skryła całą resztę zakupów. Zadowolona podparła się rekami po bokach, rozglądając się dookoła. Lubiła być gospodynią. Sprzątać, robić zakupy, gotować obiady, gdyby tylko miała dla kogo. Nauczyła się kupować tylko dla siebie, bo on nigdy nie jadał w domu. Wolał wykwintne restauracje, lub nocne kluby od czasu, który mogliby spędzić razem, przygotowując kolację.

Filiżanka czarnej kawy, z ukrytym na dnie cierpieniem.
Na lenistwo, dla zabawy, filiżanka codziennie i częściej.
Oceany czarnej kawy zastygły między nami.
Serce mocniej uderzyło w pierś. Nogi nagle wydały się być takie gibkie, niestabilne. Zamknęła oczy, licząc do dziesięciu. Omamy, to jedyne co nasuwało się jej na myśl. Było zbyt wcześnie, zbyt prawdziwie, zbyt.. Jej. Mogła oczekiwać wszystkiego, nawet spadającej gwiazdki z nieba, lecz nie tego. Zapach męskich perfum połaskotał spragnione zmysły. Była tak słaba, tak naiwna, tak beznadziejnie zakochana. Gdyby tylko mogła stanąć z boku i przyjrzeć się samej sobie, padłaby ze śmiechu. Była tak absurdalnie żałosna. Niepewnie podniosła powieki, ponownie odnajdując jego sylwetkę na sofie. Spał spokojnie, mocno wtulony w niewielką, brązową poduszkę. Na palcach przeszła pokój, wyciągając z jednej z szafek ciemny, miękki koc. Podeszła do niego, okrywając jego ciało grubym materiałem. Kucnęła, wpatrując się w jego twarz. Opuszkiem palca przejechała po jego policzkach, które pokryte były kilkudniowym zarostem. Po zgrabnym nosie i koło oczu, które zakończone były długimi, ciemnymi rzęsami. Był idealny, taki nierealny. Poczuła, jak w jej sercu wylewa się gorąca ciesz. W jednej, krótkiej, tak bardzo ulotnej chwili miała go całego, tylko dla siebie. Przypomniała sobie ostatnią noc, gdy ufnie wtulona w jego ramiona, bała się zasnąć, aby nie stracić nic z tamtego momentu. Pamiętała dźwięk zamykanych drzwi i ciszę, która zagościła później, gdy ułożył ją w łóżku. Pamiętała dzisiejszy poranek, który przywitał ją pustką i samotnym łóżkiem.
Przełknęła ślinę, nachylając się nad nim jeszcze bardziej, aby dosięgnąć jego ust.
Delikatny niczym dotyk motylich skrzydeł pocałunek, podarował jej chwilę szczęścia.

- Co robisz? -Drgnęła, gdy gwałtownie uniósł powieki, wlepiając w nią swój zaspany wzrok. Speszona wstała, spuszczając głowę. Tak bardzo żałowała, że związała dzisiejszego ranka włosy, które mogłyby przysłonić jej zarumienioną twarz.
- Ja... Ja tylko...
- Nie ważne - odpowiedział, siadając na sofie. Przetarł dłońmi twarz, ściągając z siebie koc. - Idę do pracy. Nie czekaj na mnie.

Rozbitkowie w filiżance kawy, mięciutkiej jak czarny aksamit.*

***


Istnieje uśmiech, tak zwyczajny, a jednak magiczny. Uśmiech, którego oczekuje serce matczyne.

Po cichu weszła do jej pokoju, zatrzymując się przy oknie. Pierwsze promienie słońca wpadały do pokoju, oświetlając go swoim blaskiem. Pamiętała doskonale dzień, w którym dowiedziała się, że zostanie matką. Ze szczęścia przepłakała jeden dzień, a później kolejny i jeszcze jeden. Otrzymała od Boga dar, o który prosiła od tak dawna. Nawet odejście ukochanego nie zniszczyło radości, która tliła się w jej sercu, a która wręcz eksplodowała, gdy pierwszy raz ukryła jej kruche ciało w swoich ramionach. Była idealna. Miała idealnie mały nosek, idealnie duże oczy, idealnie delikatną skórę i idealnie silny uścisk małych paluszków. Patrzała, jak rośnie, rozwija się, stając się cudowną, mądrą kobietą. Westchnęła. Tak bardzo chciała uchronić ją przed cierpieniem i złem, lecz poległa. Nie ma dnia, który nie przynosiłby ze sobą wyrzutów sumienia. Jej ból był równie mocno odczuwalny przez matczyne serce. Przymknęła powieki, powstrzymując łzy. Starała się być silną dla niej, lecz czasami nie umiała udawać, że nic się nie stało. Jej dziecko straciło wzrok. Jej dziecku odebrano radość i możliwość przyglądania się życiu. Jej dziecko stało się nagle, tak odległe i niedostępne. I nagle wydarzył się cud, który napełnił ją niepokojącą - mimo wszystko - nadzieję. Gdy wczorajszego wieczoru zobaczyła jej uśmiechniętą twarz, poczuła nieopisaną ulgę. Znowu dostrzegła szczery uśmiech i radosne iskierki w jej oczach, gdy Mark odprowadził ją do domu. Cieszyła się, że znowu mogła zobaczyć ich razem.
- Mamo?
Drgnęła, gdy usłyszała jej głos. Wyczuła w nim radość, zmieszaną z niepokojem. Zamrugała kilka razy oczami, starając się pozbyć łez, które nadal gościły w jej oczach. Tak często zapominała, że ona nie widzi.
- Tak, córeczko?
- Co robisz? - Jokasta poprawiła się na łóżku, odkładając na bok książkę, która była przystosowana dla osób niewidzących. Pamiętała, jak ciężko było nauczyć się tej pisowni. Jednak determinacja, którą nosiła w sercu, pomogła jej osiągnąć cel.
- Przyszłam zapytać o wczorajszy wieczór. Dobrze się bawiłaś?
Dziewczyna nabrała powietrza, zakładając za ucho kosmyk ciemnych włosów.
- Było bardzo przyjemnie, tak...  Przyjaźnie. Jak za dawnych czasów.
- A Mark?
Jokasta roześmiała się radośnie, co wywołało szeroki uśmiech na twarzy rodzicielki.
- Wiem, że jest twoim ulubieńcem - pokręciła głową, ciągle się uśmiechając. - Ale muszę cię zmartwić. Jest tylko moim kolegą.
Kobieta poruszyła głową, przewracając oczami. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała córkę taką rozpromienioną. Podeszła do niej, składając na jej czole krótki pocałunek.
- Cieszę się, że miło spędziłaś czas.

Szczęście, to umiejętność radowania się sukcesami innych ludzi. Ich osiągnięciami, dobrymi dniami, uczuciami, których smak poznają.
Szczęście, to umiejętność radowania się obecnością w życiu osoby, która obdarowuje szczęściem nas samych.

Jej szczęście nosiło imię jej szczęścia.

***

Filiżanka czarnej kawy
Z kruchym smutkiem na dnie,
Z pachnącą goryczą obawy.
Powiedz: nie będzie już ładniej.

- Nie umiem zrozumieć, dlaczego nie odejdziesz od niego. Sophia jesteś warta dużo więcej, niż to, co oferuje ci ten palant. - Odparła dziewczyna po drugiej stronie słuchawki. Blond włosa pociągnęła nosem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nikt jej nie rozumiał. Czasami ona sama nie potrafiła pojąć swojego zachowania. Dawała tak wiele z siebie, w zamian otrzymując tylko bezuczuciowe dobro, którego nie chciała.
- Chciałabym, ale... On jest wszystkim co mam. Bez niego zostałabym zupełnie sama.
- Kochanie, ty nigdy go nie miałaś, zrozum to.
Zabolało. Chciała usłyszeć prawdę udekorowaną kłamstwem. Zacisnęła dłoń w pięść, zamykając oczy.
- Skąd możesz wiedzieć, czy go miałam, czy nie? Jesteś tylko głupią kobietą, która siedzi sobie w jakimś pokoju i odbiera telefony, napawając się cierpieniem ludzi - krzyknęła, milknąc na chwilę. - Nic o mnie nie wiesz.
Przerwała połączenie, rzucając telefonem o ścianę. Miała dosyć. Donośny szloch wydostał się z jej ust, a policzki pokryła fala łez. Była bezradna wobec swojej naiwnej wiary w miłość, której nigdy nie otrzyma.
Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, a później odgłos stawianych kroków. Podniosła zapłakany wzrok, zatrzymując go na jego chłodnej, pustej twarzy. Spojrzał na nią wzrokiem, który rozrywał jej serce na małe kawałki.

- Przestań beczeć. Posprzątałabyś.

Zniknął za drzwiami sypialni, pozostawiając ją samą, jak zawsze. Załkała ostatni raz, ocierając policzki z łez. Podniosła się z podłogi i ruszyła w stronę kuchni, aby pozmywać po samotnym obiedzie.

Mała czarna tęsknota, duża czarna nadzieja.
Czy to można tak kochać, kiedy nic się nie zmienia?*

***

*Agnieszka Osiecka - "Filiżanka kawy"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz